Dlaczego gramy?

Historia gier internetowych

                Gry przeglądarkowe to obecnie jeden z największych, wirtualnych „pożeraczy czasu”. Swoją popularnością ustępują jedynie portalom społecznościowym oraz stronom rozrywkowym oferującym zabawne filmy i zdjęcia. Codziennie miliony graczy logują się na serwery tylko po to, by wykonując zadania i klikając linki, piąć się po szczeblach rankingowej drabiny. Jednak zanim podejmiemy kwestię fenomenu gier przeglądarkowych, należałoby pokrótce przyjrzeć się samej sieci inter-network.

Początki Internetu sięgają późnych lat 60. XX wieku. Często był on nazywany przysłowiowym „oknem na świat”. Nawet dzisiaj spotykamy się z tym terminem. Zwrot ten może jednak sugerować, że materiały dostępne w Sieci znajdują się za szklaną szybą, oddzielającą twórców od potencjalnych odbiorców, a więc użytkowników. Jednak ta wirtualna szklana szyba pękła już dawno temu. W roku1990 powstał bowiem World Wide Web, często błędnie utożsamiany z ogólnoświatową siecią komputerową. Jednak Web to usługa, której funkcjonowanie – obok poczty elektronicznej czy P2P – umożliwia właśnie sieć Internet. Wzrost popularności WWW dał setkom internautów szansę tworzenia i udostępniania własnych witryn – początkowo opartych o prosty język HTML. Dzisiejszych stron internetowych nie można już nawet porównywać z ich protoplastami z lat 90’. Oblicze ogólnoświatowej sieci zrewolucjonizowały nowe języki i skrypty, takie jak PHP czy JavaScript, a także Flash. To właśnie te technologie stanowią fundament dzisiejszych gier przeglądarkowych.

 „Browserówki” ewoluowały równie dynamicznie co sam Internet. Przodkami dzisiejszych gier przeglądarkowych        były tak zwane MUD’y, a więc wirtualne RPG, rozgrywane przy użyciu interfejsu tekstowego. Pierwszy „Multi-User Dungeon” – powstały w 1975 roku – nosił nazwę „Colossal Cave Adventure”. Wczesne lata 70’ przyniosły także rozkwit internetowych gier planszowych, takich jak szachy, warcaby czy Scrabble. Kolejna dekada to wysyp gier wyposażonych w prostą, trójwymiarową grafikę. Ze względu na ich większą złożoność, do rozpoczęcia zabawy potrzebny był klient, a więc aplikacja ściągana na twardy dysk komputera.

Gry przeglądarkowe to z kolei pewnego rodzaju powrót do czasów pierwszych MUD’ów. Skojarzenie takie może wywołać fakt, że rozgrywka większości „browserówek” wciąż opiera się na czytaniu tekstów stanowiących opisy postaci, broni czy budynków, a także klikaniu w odpowiednie linki. Jednak dzisiejsze gry przeglądarkowe często posiadają grafikę niewiele ustępującą platformowym propozycjom. Odpowiedzialny za to jest Adobe Flash, a więc narzędzie umożliwiające tworzenie zaawansowanych obiektów zarówno dwu- jak i trójwymiarowych, a następne osadzanie ich w środowisku bazującym na języku PHP. To wszystko sprawia, że obecne „browserówki” zabierają gracza w podróż po wirtualnym świecie, oferując nie tylko ciekawą fabułę, ale także niepowtarzalną grafikę i często dopełniającą całość muzykę. Dzięki temu momentami można nawet zapomnieć, że to, co mamy przed swoimi oczami, to jedynie gra oparta o przeglądarkę.

 

Fenomen gier przeglądarkowych

Serwery pękające w szwach, miliony zarejestrowanych użytkowników, godziny stracone na rozbudowie swojego wirtualnego królestwa – to już dzisiaj nikogo nie dziwi. Gry przeglądarkowe dopisały się bowiem na stałe do listy głównych „pożeraczy czasu”.

Według badań, najbardziej popularne zajęcie w pracy to… przeglądanie stron internetowych. Samo wykonywanie powierzonych nam obowiązków z ledwością mieści się w pierwszej piątce. A jeśli Internet, to co konkretnie? Lista jest długa. Wciąż najpopularniejsze są portale społecznościowe, takie jak Facebook czy NaszaKlasa. Dużą uwagę przyciągają także serwisy rozrywkowo-humorystyczne – JoeMonster, Demotywatory, Kwejk czy YouTube. W gronie faworytów znajdują się również – przeżywające prawdziwy rozkwit – portale randkowe i czaty, a także… gry przeglądarkowe.

Te ostatnie, już od ponad dekady, przyciągają graczy z całego świata. Ilu konkretnie? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Ze względu na znikomą liczbę badań prowadzonych w zakresie gier internetowych oraz rozbieżność niektórych definicji, ciężko konkretnie zmierzyć popularność danej „browserówki”. Najbardziej znane produkcje na polskim rynku to obecnie: plemiona.pl – ok. 176 tys. aktywnych graczy, menelgame.pl – ok. 104 tys. oraz ogame.pl – bez mała 100 tys. graczy. Jednak sytuacja wciąż się zmienia ze względu na nieprzerwany napływ nowych tytułów na polski rynek. Szacunkowe dane określają liczbę aktywnych użytkowników gier online na prawie 3 miliony osób. Na czym jednak polega fenomen popularnych „browserówek”?

„Człowiek jest istotą społeczną” – mawiał kiedyś Arystoteles. Do przeżycia – oprócz wody, tlenu i jedzenia, potrzebuje także drugiego człowieka. Trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Dlatego ciągle szukamy nowych relacji, często zapominając o tych, które już posiadamy. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest potrzeba akceptacji. Gry online pozwalają nam poznawać nowych ludzi, zawiązywać sojusze, jednoczyć się przeciwko wspólnemu wrogowi. Ponadto ciągle udoskonalając swój awatar, a więc postać, którą wykreowaliśmy w wirtualnym świecie, tworzymy wyidealizowany obraz samego siebie. Wspinając się po szczeblach rankingowej drabiny zyskujemy szacunek i podziw graczy, którzy odstają od nas zgromadzonymi na swoim koncie punktami. To dodaje nam pewności siebie, a także pozwala poczuć swoją wyższość nad innymi. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy nie potrafimy już odróżnić świata wirtualnego od rzeczywistości.

Zatracenie świadomości to jedna z najpoważniejszych kwestii związanych z grami online. Gracze, zwłaszcza ci najmłodsi, często zapominają, że wydarzenia toczące się w wirtualnym świecie nie są prawdziwe i nie powinno się wcielać ich w życie.  Ponadto, długie godziny spędzone na nawiązywaniu znajomości w Internecie, mogą powodować utratę kontaktu z rodziną i realnymi przyjaciółmi. Są to jednak przypadki skrajne, wręcz jednostkowe. Jednak – podobnie jak w wielu innych kwestiach – także i tutaj powinniśmy zachować rozwagę i pewien dystans.

Niemniej istotną kwestią są koszty grania. Producenci „browserówek” nie są zamkniętymi w czterech ścianach klasztoru mnichami, żywiącymi się jedynie plonami ziemi. Najczęściej jest wręcz przeciwnie – są to wykształceni biznesmeni, nastawieni wyłącznie na zysk. Przecież na stronach pojawiają się reklamy – ktoś mógłby zaoponować. Zgadza się, jednak reklamy to jedynie nieco ponad połowa dochodów wielkich internetowych wytwórni. A przecież trzeba ciągle rozwijać serwery, opłacać programistów i grafików. Dlatego stworzono system charakterystyczny dla gier „browserowych” – „Free to Play”. Oznacza to, że rejestracja w danej grze przeglądarkowej jest całkowicie darmowa. Podobnie rzecz się ma z samą rozgrywką – tutaj też nie musimy ponosić żadnych kosztów. Jednak możemy, wedle naszego uznania. „Free to Play” to prosta zasada, która w mniejszy lub większy sposób faworyzuje graczy nabywających płatne dodatki i usługi. Powinna być jednak odpowiednia zbalansowana, tak, aby nie promować przesadnie graczy posiadających konta Premium. Dzięki temu rozwiązaniu użytkownik może cieszyć się zarówno darmową, spokojną rozgrywką, jak i, wydając często spore sumy na dodatki, walczyć o czołowe lokaty w ogólnym rankingu.

 

Wirtualna rzeczywistość

Gry online cieszą graczy z całego świata już od ponad dekady. Ciężko jednak podać jakąś konkretną datę ich powstania. Gry browserowe nie pojawiły się bowiem nagle – są wynikiem ewolucji MUD’ów oraz klientowych gier online. Bez wątpienia jednak najpopularniejszym tytułem swoich czasów była produkcja niemieckiej firmy „Gameforge GmbH” – „OGame”.

Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy sam godzinami wpatrywałem się w niebieski ekran interfejsu. Choć gra codziennie kradła mi przynajmniej kilka godzin, wcale nie chciałem usunąć konta. Być może nawet kilka razy próbowałem, jednak szybko przerywałem proces kasacji. Jaki był tego powód? Otóż OGame daje nam niemal nieograniczone możliwości rozwoju ekonomicznego i rozbudowy własnej planety. Jednak najważniejszą sprawą w grze jest flota, której trzeba bezustannie pilnować. Wystarczy, że raz zapomnimy się ubezpieczyć i kilka tygodni ciężkiej gry idzie na marne. Dlatego rozgrywka zajmuje tak dużo czasu, często zmuszając graczy do nocnego wstawania w celu ustawienia odpowiednich manewrów. To bez wątpienia poważne objawy uzależnienia. Nie byłem w tym jednak osamotniony. Na forach co rusz pojawiały się tematy opatrzone dramatycznym tytułem „jak rzucić?”. Jednak w momencie, w którym byłem już nieco znużony rozgrywką, pojawiły się płatne opcje, których wcześniej nie było – do 2006 roku gra była bowiem w 100% darmowa. To ostatecznie zniechęciło mnie do kontunuowania rozgrywki. Jednak OGame nie jest odosobnionym przypadkiem. Wystarczy spojrzeć na rankingi w dowolnej grze przeglądarkowej, szczególną uwagę skupiając na czołowych miejscach. Skąd taka odległość między nami, a niektórymi graczami? Otóż na pewno jest ona wyrażona w złotówkach. Moim zdaniem nie ma niczego złego w płaceniu za grę. Jeśli ktoś chce, dlaczego mu tego zabraniać? Nie ma też niczego złego w hazardzie czy zakładach bukmacherskich. Problem jednak zaczyna się w momencie, w którym odmawiamy sobie dóbr rzeczywistych w zamian za kilka „diamentów”, „smoczych monet” czy „bryłek złota”.

Gry przeglądarkowe z dnia na dzień cieszą się coraz większą popularnością. Z każdą chwilą na rynku przybywa nowych tytułów. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta i prozaiczna – pieniądze. Wszędzie tam, gdzie widać potencjalne zarobki, pojawiają się inwestorzy. „Browserówki” to żyła złota, dzięki której możemy zarobić nie ruszając się nawet sprzed monitora. Nie powinno zatem dziwić, że największe wirtualne przedsiębiorstwa co kilka miesięcy wypuszczają w obieg nowy produkt.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*